Blaski i cienie naszej hodowli
Hodowla psów jak każde inne zajęcie ma swoje blaski i cienie, blaski to powody do dumy, chęć podzielenia się radością ze wszystkimi, cienie….

Właśnie cienie to chwile strachu, wylane łzy, nie przespane noce, obawy o zdrowie i bezpieczeństwo, walki z chorobami psów….

Blaski naszej hodowli są przedstawione na stronie, chcieli byśmy również aby ludziom z po za tego środowiska było łatwiej zrozumieć hodowlę psów, aby przekonali się że nie zawsze "jest z górki”, ile przykrych spraw nie poznaje światła dziennego ponieważ hodowca przeżywa je sam, w gronie najbliższych rozumiących go osób. To nie wyżalanie się czy szukanie litości, to po prostu cała nasza codzienność.
Nasze niepowodzenia to między innymi, zakupienie szczenięcia z jednej z najlepszych hodowli z obietnicami psa wystawo-hodowlanego, cóż każdy zakup dla hodowcy to duże ryzyko. Niestety piesek okazał się petem (pies tylko na kolanka).
Kolejne to przykra sytuacja z jedną z naszych suń. Piękna sunia z doskonałym pochodzeniem, po uzyskaniu uprawnień suczki hodowlanej zostaje pokryta naszym reproduktorem i cóż się okazuje…. Suczka resorbuje ciąże, wpadając przy tym w głęboką ciąże urojoną, w ostateczności aby zwalczyć ciąże urojoną dostaje leki hormonalne. Udaje się, ale… to nie koniec. Teraz trzeba rozpoznać przyczynę resorbowania ciąży i kolejny problem, gdyż nasz reproduktor kył wówczas pierwszy raz i czy z nim wszystko w porządku.

W głowie myśli pies czy sunia? Najlepiej było by aby żadne z nich.

Nasienie psa zostaje przebadane, wyniki - w najlepszym porządku.

Nasza sunia doszła do siebie, więc wykonujemy szereg badań i okazuje się że przyczyna utraty miotu leży po stronie suni. Przyszła mama, ma kłopoty z wątrobą (nic wcześniej na to nie wskazywało). Przechodzi odpowiednią kurację, i każde kolejne wyniki badań są coraz bardziej zadawalające, wreszcie wynik - sunia zregenerowała wątrobę - w pełni jest już zdrowa.

Ale w głowie myśli, czemu, od czego, temat drążymy…

Dochodzimy do hodowcy naszej suni, do jego sposobu wychowwywania szczeniąt, karmienia ich śmieciowymi karmami Pedigree (zaznaczam iż sunia pochodzi z hodowli z 30-letnim doświadczeniem). Do tego wpada nam, historia związana z kradzieżą zdjęcia właśnie tej naszej suni, zdjęcia użyczył sobie inny hodowca posiadający jej siostrę. Wystawił siostrę naszej suni po ukończeniu 12 miesięcy na sprzedaż przedstawiając w ogłoszeniu zdjęcie naszej suni. Niby tylko to kradzież zdjęcia (dla nas "aż" bo to nasza praca) ale w tej sytuacji układanka zaczyna nam układać się w całość….

Przecież, pięknej, zdrowej suczki z nie banalnym pochodzeniem żaden hodowca nie sprzedaje bez konkretnego powodu!!!
Zgłębiając bardzi temat dochodzimy, iż w rodzinie tegoż hodowcy jest również pseudohodowla, bo w przeszłości hodowca ten sam był pomawiany za "machlojki” więc wniosek nasuwa się tylko jeden – jego suczka (siostra naszej suni) również ma problem z donoszeniem ciąży. Po co więc ma wydawać dodatkowe pieniądze na badania i leczenie suni, jak lepiej sprzedać i pozbyć się problemu. Niech ktoś inny się martwi tym problemem.

Czyli co genetyka? Nie - to skutki postępowania hodowcy u którego suczki się urodziły.
Mając za sobą doskonałą panią weterynarz, stwierdzamy że co się odwlecze nie uciecze. Wyniki naszej suni są bardzo dobre, pozostaje tylko czekać i spróbować jeszcze raz. Obecnie nasza sunia, jest w 7-ym tygodniu ciąży, która przebiega bez najmniejszych komplikacji.
Jednak warto było chcieć dowiedzieć się co i dlaczego a nie pozbywać się problemu, nie wiedząc nawet gdzie jest jego podłoże ale to ocenią już inni, my tego oceniać nie będziemy.
W styczni 2016 roku nasza piękna, silna i zdrowa suczka Ephoria zostaje mamą 4 przepięknych dzieciątek. Poród obywa się naturalnie bez żadnych komplikacji, Ehisia jest wspaniałą troskliwą mamą.
Nasza radość jest ogromna, wszystko układa się bardzo dobrze do momentu gdy szczenięta mają już ponad 2 miesiące. Okazuje się że pojawia się coś nie tak… Ephisia nas zaniepokoiła, więc szybko trafiła pod oko naszej pani wet, diagnoza - macica się nie prawidłowo obkurcza. Dostała antybiotyki, były kontrole, usg. Wszystko już było w porządku i znowu nagle coś nie tak, przy "obmacywaniu” Ephisi czujemy jakby guzy, znowu powiększoną macicę. Znowu wet!
I diagnoza….. Początek ropomacicza zamkniętego. Łzy płyną, strach paraliżuje, głowy z nerw i strachu pękają….
Nasza pani weterynarz stwierdzając, że to początek, że jeśli się zdecydujemy nie podda się i nie pójdzie od razu w drogę sterylizacji, że zna Ephisię od szczenięcia przywiezionego do naszego domu, sama wykonywała jej wszelkie badania i tylko ona jedyna jest lekarzem prowadzącym nasze pociechy.
Stwierdza, że jest szansa podjąć leczenie farmakologiczne ale że z obowiązku informuje nas, że są to dużo wyższe koszta niż koszt operacji sterylizacji z ropomaciczem, jak i tak naprawdę nie wiadomo czy leczenie przyniesie oczekiwane efekty. Czeka na naszą decyzję…
Decyzja była natychmiastowa, jeśli jest szansa, jest czas i co najważniejsze zdrowie Ephisi pozwala to próbujemy leczyć.
Ephisia dostała pierwsze leki hormonalne, antybiotyki, leki osłonowe i zabezpieczające. Na szczęście szyjka macicy się otworzyła, ropa, która się zbierała zaczęła wypływać, wymazy trafiły do sanepidu aby upewnić nas czy nie ma towarzyszącej bakterii, czy dobraliśmy odpowiednie antybiotyki. Okazuje się, że niestety, na domiar tego przez otwarte drogi rodne przypałętała się jeszcze bakteria
gronkowca, jak pech to po całości….
Ephisia po pierwszej dawce leku hormonalnego opada nam z sił, leci przez ręce, z płaczem biegiem do pani wet, która oczywiście cały czas jest w gotowości. W głowie myśli, że aby wytrzymała, że jednak się nie uda, że sterylka nie unikniona - aby tylko życie jej ratować!
Ephi dostaje leki, trafia pod kroplówkę i o dziwo - po godzinie spędzonej pod kroplówką Ephisia ożywia się, rozdaje wszystkim buziaki, już chce zejść ze stołu, JEST SOBĄ !!!!
Dostaje zalecenie na kroplówkę 3 razy dziennie, więc zabieramy ją z kroplówką do domu.
Był już wieczór, Ephi po wejściu do domu chce jeść, wychodzi o własnych siłach na dwór, cieszy się i macha ogonem a my choć wiemy, że to nie koniec i tak płaczemy ale ze szczęścia, że ma siły na dalsze leczenie, że nasz skarb się nie poddaje.
Jak na razie walczymy dalej, Ephi czuje się dobrze, jej samopoczucie jest takie jak przed paskudną chorobą.
Ropa zeszła, błona macicy się zregenerowała – Ephisia WYGRAŁA Z CHOROBĄ.
Wygrała bo była silna i mieliśmy jak zawsze nie ocenioną pomoc naszej pani weterynarz, która wierzyła w nią tak silnie jak my.
Nie mogliśmy znaleźć słów podziękowania, Ephisia podziękowała pani weterynarz osobiście, pięknie "wyszykowana” pojechała do "cioci" z wielkim bukietem kwiatów i pamiątką z dedykacją, że pani weterynarz jest dla nas aniołem nie człowiekiem. Kwiaty i pamiątka to nic do widoku uśmiechu pani weterynarz na widok Ephisi bez papilotów, wiemy że bardzo chciała ją taką zobaczyć.
Jedyne co nam "nie na rękę” to, że ropomacicze nie jest chorobą uleczalną jest tylko zaleczone, a ostatnim etapem leczenia w tym wypadku będzie przymusowe krycie Ephisi "cieczka po cieczce”, czyli przy następnej cieczce po porodzie musi zostać pokryta by nie
było nawrotu choroby. Choć dla nas takie krycia (nie w celach leczniczych) były karygodne i głośno dalej je potępiamy, Ephisia będzie kryta, gdyż ciąża w jej wypadku jest najlepszym lekarstwem dla macicy. Oczywiście w nas strach o nawrót będzie zawsze ale będzie pod czujnym okiem naszym i pani weterynarz. Mamy tylko nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.

Po chorobie naszej Ephisi myśleliśmy, że nic gorszego stać już się nie może i nagle… u naszej biewerki, rodzącej miesiąc później od Ephisi w niecałe dwa miesiące po porodzie zauważamy apatię, brak apetytu i śladowe ilość ropy w sromie suni.
To co mieliśmy w rękach leci na podłogę, łzy płyną, jest sobota po godzinach zamknięcia gabinetu naszej pani wet, dzwonimy nie patrząc na to – tu chodzi o naszą dziewczynkę.
Pani doktor odbiera telefon, z płaczem tłumaczymy co się dzieje… Słyszymy - "natychmiast w auto już na was czekam…"
Angel trafia na usg, i diagnoza - początek ropomacica tym razem otwartego (Ephisia miała zamknięte). Świat nam się wali na głowę, przecież całkiem jesteśmy na świeżo po zaleczeniu choroby u Ephisi, jakim cudem druga suczka, czemu ona, czemu my, za co, dlaczego tyle nieszczęścia na nas spada...
Znowu łzy… pani wet nie pytając się już nawet przygotowuje leki…
Angel dostała pierwsze zastrzyki hormonalne i resztę leków, a w nas strach aby nie zareagowała na nie takim osłabieniem jak Ephisia.
Wracamy do domu i oczu z Angel nie spuszczamy, na szczęście Angel o wiele lepiej znosi podanie pierwszych leków, jest silna i wesoła, bawi się, wychodzi na dwór, co najważniejsze je i pije.
Leczenie trawa… Angel w chwili obecnej zaczyna się oczyszczać z ropy, wydzielina zmienia już kolor na krwisty, macicę trzeba bardzo dokładnie oczyszczyć, wysuszyć i zregenerować, tak jak w przypadku Ephisi, mamy nadzię, że Bóg będzie łaskawy i dla naszej drugiej dziewczynki, bardzo głęboko w to wierzymy i na pewno się nie poddamy.

A skąd choroba Angel… bakteria od Ephisi, drogi rodne Angel nie były jeszcze zamknięte i niestety zaraziła się tą samą paskudną bakterią.

Dla nie obeznanych, bakteria nie przeżyje w środowisku bez żywiciela czyli po za żywym organizmem. Innym pieskom nic nie grozi, ciarki po plecach chodzą nam jedynie o nie długo rodzące sunie ale już mamy omówiony z lekarzem plan zabezpieczenia dziewczynek aby dmuchać na zimne…

Także walczymy teraz razem z Andżulką o zdrowie, trzymajcie kciuki za naszą dziewczynkę. Ropa zeszła, teraz przed nią i nami dalsza walka o regenerację błony śluzowej macicy.
A jeśli nam się uda, o co każdego dnia prosimy, niestety zalecenie lekarza na kolejną jak najszybszą ciąże jako w tym wypadku najlepszym lekarstwem dla macicy. Nad tym będziemy myśleć, gdy będzie już całkiem bezpiecznie….. Być może, że to nie będzie konieczne. Zadecyduje o tym nasza Pani vet.
W tej chwili, patrząc na Ephisie, że jest taka jak by jej nic nie dolegało serca nam się cieszą i mamy większe nadzieje na jak najlepszy koniec, ale tak naprawdę jeszcze może być różnie…

Walczyliśmy długo, zaleczyliśmy chorobę, zaleczyliśmy pierwszy jej nawrót…. Po miesiącu od nawrotu myśleliśmy, że już będzie dobrze aż nagle drugi nawrót. Siedząc sobie jak zwykle wygodnie w towarzystwie naszej psiej ferajny, Andżi jak zwykle blisko wtulona do mojej córki, słyszę głośnie tato! Nasza Angel ni grzmiało, ni błyskało dostała podrywających ją skurczy… Suczka nie szczenna, może ktoś by pomyślał wzdęcia bo brzuszek momentalnie okrąglutki i twardy a my z bladymi minami patrząc na
siebie łapiemy za telefon i do naszej pani wet. Andżulka trafia na usg i ….. Dwa pęcherzyki na jajnikach….
Zaczynamy wszyscy główkować gdyż ten czas pokrywał by się ze spodziewaną cieczką a leki hormonalne które dostawała w czasie choroby mogły nawet przyśpieszyć spodziewaną cieczkę.
Nasza dziewczynka dostaje leki, zabieramy ją do domu, jest pod czujnym okiem mojej córki, w między czasie jesteśmy w kontakcie
telefonicznym z naszą panią wet która tak jak my, chciałaby, aby to były początki cieczki, a że po długim leczeniu to może Angel bardziej tą cieczkę odczuwa (wbrew pozorom te ciężkie dni dla suczki są o wiele ciężkie niż u ludzi).
Niestety dostaję od córki telefon z informacją abym zaraza wracał do domu gdyż zadzwoniła już do pani wet prosząc o sterylizację Angel, nasza dziewczynka słabła, skurcze się nasilały, temperatura ciała spadała i pojawił się wyciek ropy więc córka na nic nie czekając podjęła decyzję o sterylce, kolejne leczenie zagrażało by życiu naszej dziewczynki.
Oczywiście byłem tego samego zdania i dumny jestem z tak rozsądnego myślenia mojej córki – liczy się nasza sunia, nie jej przyszłość hodowlana.
Tak właśnie nasza i Angel walka zakończyła się przegraną z paskudną chorobą, niestety Angel się nie udało, nam się nie udało choć Angel, my i nasza wspaniała pani wet robiliśmy wszystko co tylko w naszej mocy. Widocznie tak już było zapisane, taki scenariusz napisało dla nas życie i nic go nie zmieni.
Angel wydała na świat dwie przepiękne córeczki, CHERRY QUEEN Like a Dream aka Fibi mieszkającą obecnie ze wspaniałą rodziną w Norwegii i CHERRY ROSE Like a Dream aka Nelly która tak podbiła nasze serca od razu po narodzinach że została z nami.
Patrząc na to od strony hodowcy jest nam szkoda takiej suczki, dającej tak ładne mioty ale że nie raz twierdziliśmy, że do swojej
hodowli podchodzimy również z sercem, to najważniejsze jest dla nas że Angel żyje, doszła do siebie po sterylce i codziennie dokazuje w domu, jest z nami i z nami pozostanie.
Nie wszystkie pieski muszą być w hodowli - hodowlane ale wszystkie są tak samo kochane i oddane a czasem są i psiaki bardzo sentymentalne – taka jest dla nas właśnie nasza Andżulka, urodziła się w naszej hodowli w pierwszym naszym miocie biewerków. Jest bardzo zżyta z rodziną, jest psem idealnym, rozumnie się z nami bez słów. Nie wyobrażamy sobie domu i rodziny bez niej.

Teraz nadzieje na kolejne piękne mioty biewerków w naszej hodowli pokładamy w córeczce Angel, Nelusia wyrasta na śliczną suczke, skończyła już 6 miesięcy jest suczką idealną, dołączył do niej prześliczny nowy kawaler więc poczekamy co nam życie przyniesie….


Jak sami widzicie, życie hodowcy to nie taka piękna bajka jaką wydaje się gdy patrzy na to z boku. Toczymy różne walki, o młodsze czy starsze zwierzęta, niektóre dajemy radę wygrać, niestety niektórych mino jak największych chęci i pomocy lekarzy nie da rady wygrać, nie raz z bólem serca należy pomóc naszemu członkowi rodziny skrócić męki.
Każda hodowla ma swoje historie i swoje walki, żadna nie ma życia usłanego różami choć tak wydawać by się mogło, dlatego drodzy Państwo jeśli przyjdzie Wam na myśl oceniać nas hodowców poznajcie pierw naszą najprawdziwszą historię, codzienność, spróbujcie od serca porozmawiać z którymś hodowcą, może wtedy będzie mniej nie sprawiedliwych ocen.
Pamiętajcie, choć w hodowli mamy więcej piesków niż Wy w domu, to każdy jest dla nas tak samo ważny, tak samo kochany a każda strata zabiera nam kawałek serca, no chyba że ktoś serca nie ma… wtedy w ogóle nie powinien być hodowcą!